Boulder 1160 to nowy w naszej ofercie stereofoniczny wzmacniacz mocy. Zastępuje on starszy model o symbolu 1060. W całej 5-elementowej serii: przedwzmacniacz 1110, sieciowy odtwarzacz CD – 1021 oraz dedykowany miłośnikom winyli – przedwzmacniacz gramofonowy 1008 uzupełniła końcówka 1160. Miesięcznik HiFi i Muzyka przyznał mu niedawno Nagrodę Roku 2018.

 

Wprowadzony w czerwcu ubiegłego roku do sprzedaży wzmacniacz zdążył już skupić na sobie uwagę mediów branżowych. Seria odbiega nieco wzorniczo od tego, do czego przyzwyczaił na amerykański producent. Design większości urządzeń nadal nie pozwala pomylić ich z niczym innym na rynku i w tej kwestii 1160 niczym nie zaskakuje. To nadal potężne, ważące ponad 60 kg urządzenie w obudowie z aluminium. Pojawiające się na froncie ozdobne linie są rodzajem płaskorzeźby, stanowiącej zbiór poziomic ukazujących krzywiznę terenu wokół Flagstaff Mountain – góry znajdującej się około 6 km na zachód od miasta, gdzie firma ma swoją siedzibę.

W odniesieniu do poprzednika, w Boulder 1160 przeprojektowano płytki drukowane. Najpoważniejszą zmianą jest nowa architektura wnętrza i technologia montażu elementów. Zrezygnowano z montażu przewlekanego i zastosowano montaż powierzchniowy. Zastosowano także procesor kontrolujący prawidłowość pracy układu elektronicznego i zabezpieczeń w zakresie monitoringu zasilania i warunków temperaturowych pracy. Nad bezpieczeństwem całości czuwa detektor przepięć. Nowa końcówka Boulder, dzięki specjalnie przygotowanemu interfejsowi komunikacji systemowej, posiada możliwość serwisowania i upgrade. Poza tym tył wzmacniacza to standardowe stereofoniczne wejścia analogowe w standardzie XLR, gniazdo zasilania, włącznik oraz podwójne, przystosowane do połączeń bi-wiring zaciski głośnikowe. Zaciski akceptują wyłącznie przewody zaopatrzone w widełki. Recenzja testującego wzmacniacz Mariusza Malinowskiego nie pozostawia cienia wątpliwości co do klasy i jakości brzmienia tego urządzenia.

 

Pierwsze wrażenie dotyczy czystości dźwięku. Wspominałem, jak cichy jest ten wzmacniacz, gdy pracuje bez sygnału. Kiedy zaś z kolumn popłynęły pierwsze dźwięki, sugestywność ciszy w tle nadała muzyce nieznaną mi dotąd wyrazistość. Tu już nie musimy się sami siebie dopytywać, jak wygląda przejrzystość. Jest tak przejrzyście, że bardziej być nie może. Czarne tło za dźwiękami uczyniło każdy z nich czymś tak oczywistym, jak karp na stole wigilijnym i tak upiornie niewiarygodnym, ale prawdziwym, jak opłaty na zachodniej połowie autostrady A2.

Czystość to tylko preludium, jednak o symbolicznym znaczeniu. Każdy audiofil, przystępujący do odsłuchu 1160, będzie zadawał sobie pytanie, jak bardzo nokautujące muszą być dynamika i bas. Boulder odpowiada: spokojnie, zanim usiądziesz na krawędzi buzującego wulkanu, pamiętaj, że chodzi przede wszystkim o muzykę, a nie o adrenalinę. I to jest właśnie fascynujące w brzmieniu amerykańskiej końcówki: posiadając nieskończony (jak na warunki domowe) potencjał dynamiczny, używa go rozważnie i bez nadgorliwości.

Czy można powiedzieć, że Boulder zaokrągla kontury albo może rzeźbi dźwięki skalpelem? Nie można. Bo Boulder potrafi pokazać wszystko: dźwięki okrągłe, tłuste i napęczniałe, ale także precyzyjne, cienkie i subtelne; bardzo głośne i bardzo ciche, dźwięki średnie, ulotne, pastelowe, olejne, matowe i błyszczące. Wszystko zależy od tego, co dostanie z przedwzmacniacza.

Konkuzja

Trudno oddać słowami niezwykłość tego wzmacniacza. Jest w nim coś, co się wymyka tradycyjnym próbom opisu. Boulder oprócz muzycznej uczty daje bowiem coś więcej. Coś absolutnie pewnego. Coś na całe życie. Coś ponadczasowego.

 

Cały tekst na stronie magazynu: hi-fi.com.pl

Zdjęcia: Marcin Olszewski, SoundRebels